Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/305

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Spotęgowane promienie słoneczne, gorące i upalne, które zdawały się piec ową ziemię uprawną, wdzierały się do ich żył i rozgrzewały im krew; czuli, że życie bardziej ochoczo kipi w ich piersiach; czuli, że stają się piękniejszymi, pod owem niebem, zawsze błękitnem, skąd tryskały czyste płomienie miłości nieprzerwanej.
Klotylda, osłonięta nieco tylko parasolką, promieniała z zadowolenia, szczęśliwa wśród takiej powodzi światła, niby prawdziwa roślina południowa; Pascal znowu, coraz bardziej młody, czuł zasiew gorejący słońca, zasiew, który członki jego napełniał siłą iście męską, krzepkością jędrną i niepomierną wesołością.
Owa przechadzka do Séguiranne zrodziła się w głowie doktora.
Dowiedział się on bowiem od ciotki Dieudonné, że Zofia ma niebawem poślubić parobka młynarskiego z okolicy. Chciał tedy się przekonać, czy wszyscy są zdrowi w owym zakątku i czy panuje tam szczęście niezakłócone.
Natychmiast owionął ich chłód przyjemny, jak tylko znaleźli się w alei dębów wysokich, a zielonych. Po obu stronach płynęły nieprzerwanie źródła, rodzicielki owych wielkich cieni. Następnie, skoro już stanęli u kresu, tuż przy domku, niespodziewanie natknęli się na parę kochanków.
Zofia i jej młynarz, objąwszy się, całowali się w same usta; ciotka bowiem wyszła z domu, ponad sadzawkę, tam poniżej, po za wierzbami Viorne’y. Młoda para, bardzo zmięszana i zarumieniona, stała jak skamieniała.