Strona:PL Zofia Rogoszówna - Dzieci pana majstra.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdybyż ujrzeć choć zdaleka,
co maleńką w domu czeka?!
Czy co dziecku się nie stanie,
gdy ją ujrzą w tej przemianie?
I co powie dzidzia słodka,
jeśli mego kruka spotka?

Gdy tak stoi, cisnąc czoło,
i o los Sobótki pyta,
nagle jasne, świetlne koło
u jej drobnych stóp wykwita.

Księżyc swoją tarczą zbladłą
w krągłe zajrzał przezieradło.

(W dawnych czasach takie miano
nader trafnie lustrom dano.)

Pamięć jakiejś tajemnicy
twarz rozjaśnia Cud-dziewicy.

Przyciskając dłonią serce,
cicha, lekka jak widziadło,
sunie zwolna przez kobierce
i zdejmuje z ścian zwierciadło.