Od czwartej do szóstej inne porady, za które się płaciło po dwadzieścia franków.
Posiedzenia sonambulizmu, hypnotyzmu, suggestyi, zajmowały środek dnia od pierwszej do trzeciej.
Cena była rozmaita, nie mniej jednak od pięciu luidorów, a przenosiła często dwadzieścia pięć.
Jakże można było przypuszczać, odgadywać, że do tego uczonego, którym się Paryż zachwycał, udawali się liczni szpiedzy, znajdujący się pod rozkazami doktoria, i składali mu swe raporty, które on przesyłał baronow Wilhelmowi Schultz, swemu bezpośredniemu zwierzchnikowi.
Wielki salon magnetyzera przybrany był i umeblowany w dziwny sposób.
Obicia z materyi czerwonej powlekały ściany i zasłaniały sufit.
Taka sama materya pokrywała krzesła hebanowe bez połysku.
Pośrodku pokoju wznosiła się estrada, podniesiona trzema schodkami, powleczonemi czerwono, i dźwigająca fotel czarny i czerwony, na którym zasiadała jasnowidząca.
Lampa, opuszczająca się z sufitu i paląca się podczas posiedzeń magnetycznych, słabo oświetlała obszerny pokój i zaledwie rzucała światło na twarz sonambulistki.
Wszystko to wytwarzało dziwne wrażenie, działające żywo na podnieconą wyobraźnię klientów.
O’Brien ukończył właśnie poradę ranną.
W gabinecie swym przyjmował raporty szpiegów swych, gdy mu oddano lakoniczny liścik, nadesłany przez barona Schultza.