Strona:PL Wyspiański - Warszawianka.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


MŁODY OFICER
(biorąc wstążkę poważnie, patrząc w Maryę)

Niech kraj mój życie weźmie; to Szczęście, szczyt Sławy

MARYA
(patrzy w niego, w oczy — i wychodzi do pokoju bocznego, w drzwi pierwsze z prawej)
ANNA

Pan blednie, panie Janie, co panu jest? Czemu pan nagle pobladł?

MŁODY OFICER

(po odejściu Maryi, mówi szybko, oglądając się na drzwi, któremi wyszła)
Na miłość boską, panno Anno, przyjm pani to spokojnie; — — Józef zginął, godzinę temu; — dzisiaj to, o świcie, generał sam wysłał go na posterunek, który sam oddawna uważał za stracony a tylko przez opór, żeby wykazać niedołęztwo księcia, trwał w posłuszeństwie raz wydanym rozkazom; — a Józef się domagał, prosił; że zaś jeden z nas musiał pójść, dobrze to wiedział, — — Tam z całej dywizyi nikt nie został; ów żołnierz, który tu przed chwilą wszedł na salę, ów stary wiarus, jak się pokazało był ciężko ranny, jeno wszystko skrywał w sobie; — w sieniach go złożono; — ten żołnierz przyniósł raport, że dywizyi całej już nie ma.

ANNA

Moja siostra!