Strona:PL Wyspiański - Kazimierz Wielki.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


LXXIII.

Ponosi mnie wicher w skłębionej zamieci,
już chmur się zagony piętrzące odwalą,
już piorun z nich wypadł i czeluść roświeci,
powietrzne dziwadła piorunem się palą;
jak liściem mną burza przegania i miece
a głos mój się niesie daleki Echami:
»Do mnie, Hej do mnie! na wiekowe wiece!
Ja król nad wami! Ja Duch znowu z wami!«

LXXIV.

Miałem mieć pogrzeb — a jużem był wolny,
jak duch, — jużem polatywał nad krajem;
patrzyłem na Rozpacz, na żal nieudolny; —
widziałem, jak lżyli siebie wzajem;
moje dni, sam przypomniał mi lud rolny,
dawnym w zagrodach rządny obyczajem; —
a i tam jeszcze dymne spalenisko
kurzące — i już śmierć duchowa blisko.

LXXV.

Po jakiejś wielkiej pożarnej ofierze
i wielkiem dusz zatraceniu
przyszedłem; — gdy pobory swoje bierze
Nędza, całemu władna pokoleniu.
I rany te serdeczne jeszcze świeże
i przerażenie to straszne w sumieniu.
Więc złorzeczyłem, więc bluźniłem Niebu,
wyczekujący w jękach dnia pogrzebu.