Strona:PL Witkiewicz-Tumor Mózgowicz.djvu/019

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Względność przestrzeni wszystkie linje zgina,
A ślepiec liże bezbarwne przedmioty.
Duch, jak łza czysty, bezjakościowym rzyga wciąż
fluidem...
Ludzkość, bóstw dawnych obmierzła maszyna,
Nad dawnym Tybrem spiętrza żądz wymioty,
W tygrysie fałdy, w pylniki kąkolu.
(Marabut stoi gdzieś na jednej nodze).
Zużyte wszystko, słów miazga nie cieknie
I nie spowija grozy dawnych djabłów.
Oni się korzą przed wyplutą pestką,
Tybald się boi Kainów i Ablów.
W uściskach stonóg zaklęta pantera,
Jej centki świecą, różowe i dumne.
Przez trawę pełźnie cudowna hetera,
Miażdżąc swym brzuchem słowa zbyt rozumne.
Uchyl zasłony, bo na scenę wchodzi,
Z tumorem w mózgu, sam Tumor Mózgowicz.
Co nas to wszystko właściwie obchodzi?
Zmacerowany — cepem — spacerowicz.