Przejdź do zawartości

Strona:PL Wiktor Gomulicki - Wspomnienia niebieskiego mundurka.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

jego krąży, niemal na ramionach mu siada. On czasem rękę wyciągnie, jakby witał nowoprzybywających gości, albo ich błogosławił. Są zaś między tymi ptakami nawet najstrachliwsze, które zwykłemu człowiekowi, na kilkanaście kroków zbliżyć się do siebie nie dadzą...
Przejęty podziwem chłopiec zapomniał o ostrożności — głowę z za krzaka wychyla.
Ksiądz go nie dojrzał — ale dojrzały ptaki.
W mgnieniu oka całe stado pierzcha w górę, i z hałaśliwym szumem skrzydeł znika wśród gąszczów.
Zrozumiał zakonnik, co się stało — złowieszczy wzrok zwraca w stronę intruza. Sprężycki zamyka oczy, duszę Bogu poleca. Po chwili czuje się pochwyconym kościstą dłonią za ramię, silnie szarpniętym i wyciągniętym z kryjówki. Staje wreszcie a raczej: jest postawiony, nad głową zaś jego rozlega się twardy, suchy, drewniany głos:
— Katolik jesteś, pauprze?
Odważył się oczy otworzyć. Widzi przed sobą księdza, siedzącego na ławce — mniej groźnego i strasznego, niż sobie wyobrażał, za to bardziej smutnego.
— Katolik jesteś? — powtarza zakonnik pytanie.
— Katolik, proszę księdza dobrodzieja. Ojciec mój także katolik, i matka katoliczka, i cała nasza rodzina katolicka!