Strona:PL Wells - Kraina ślepców (zbiór).pdf/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Do niego właśnie należało tam pójść — dowodził Gerilleau. — Umarł, pełniąc swoją powinność. Jakiż miał powód do skarg? Zamordowany! Ależ ten biedak był zupełnie — jakże to? — pomylony. Nie był już przy zdrowych umysłach. Takie to działanie trucizny... Hm!
Nastąpiło długie milczenie.
— Trzeba zatopić to czółno — spalić.
— A co potem?
Pytanie to rozgniewało Gerilleau. Wzruszył ramionami i wyrzucił przed siebie ręce, pod kątem, prostym do ciała.
— A co można poradzić? — głos jego zadźwięczał gniewnym dyskantem. — W każdym razie — dodał mściwie — mrówki z tej właśnie „cuberty“ — zginą! Spalę je żywcem.
Holroyd nie miał chęci do rozmowy. Dalekie pohukiwania wyjców napełniły noc złowieszczemi dźwiękami, a kiedy kanonierka przybliżyła się do czarnych, tajemniczych ławic — rozległo się przygnębiające rechotanie żab.
— Cóż można poradzić? — powtórzył kapitan po dłuższej przerwie i nagle, stając się czynny, postanowił natychmiast spalić „Santa Rosę“, bez dalszego gadania. Cała załoga była zachwycona tą decyzją; wszyscy prześcigali się w gorliwości; przecięto linę, spuszczono szalupę i poczęto rzucać do „cuberty“ pęki kłaków, nasyconych naftą. Barka wkrótce zatrzeszczała i buchnęła wesołym płomieniem, pośród bezmiaru tropikalnej nocy. Holroyd patrzył na żółte języki ognia, walczące z ciemnością, i na blade błyskawice, oświetlające szczyty leśnych drzew.
Mulat, poruszony aż do głębi swoich zasobów lingwistycznych, wykrzyknął: