Strona:PL Wells - Człowiek niewidzialny.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

komiczne, iż nie mogłem się powstrzymać i roześmiałem się głośno.
— Czart siedzi w koszu! — zawołałem i nagle wyrwałem mu go z ręki.
Wypuścił go niezwłocznie, ja zaś wzniosłem kosz z syfonami do góry.
Tymczasem jakiś głupi woźnica, stojący przed szynkiem, rzucił się nagle po kosz i w pędzie uderzył mnie swemi wyciągniętemi palcami bardzo boleśnie pod ucho. Wtedy opuściłem kosz na woźnicę z trzaskiem, a kiedy zaczęto się koło mnie tłoczyć z krzykiem, kiedy ciekawi zaczęli wychodzić ze sklepów, a wszelkiego rodzaju wehikuły poczęły się przy mnie zatrzymywać, zrozumiałem, jakiego sobie nawarzyłem piwa; to też, przeklinając swoją głupotę, wycofałem się szybko z tłumu, oparłem się piecami o jakieś okno wystawowe i upatrywałem stosownej chwili do wymknięcia się z ciżby. Niebawem byłbym został niewątpliwie otoczony i odkryty. Przemknąłem się koło chłopca rzeźnickiego, który, na szczęście, nie obejrzał się dla zbadania, co odpycha go na bok i zemknąłem po za stojącą dorożkę. Nie wiem, jak zagadka z koszem została rozstrzygnięta, przebiegłem bowiem pośpiesznie po przez drogę, która na szczęście była całkiem pusta i niewiele zastanawiając się nad tem, w którą idę stronę, z obawy, aby mnie nie odkryto, wszyłem się w południowy tłum na Oxford Street.
Starałem się dostać w prąd ludzi, ale był on dla mnie za gęsty tak, że po chwili zaczęto mi deptać po piętach. Wszedłem więc w rynsztok, którego szorstkość okazała się bardzo bolesna dla moich nieprzywykłych do