Strona:PL Wedekind - Przebudzenie się wiosny.djvu/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


prędzej przyjdę do siebie. Jeszcze kwartał może, a twe odsłonione wdzięki zaczęłyby mój mózg wysuszać. Najwyższy był już czas do rozdziału od łoża i stołu.
Brr... czuję w sobie Heliogabala. Moritura me salutat! — Dziewczyno, dziewczyno, czemu ściskasz kolana. — Czemu i teraz jeszcze, wobec niezbadanej wieczności? — Jedno drgnienie, a zwrócę ci wolność. — Jeden ruch kobiecy, jeden znak sympatji, dziewczyno, a każę cię w złoto oprawić, każę cię nad łóżkiem mym powiesić. — Czy się nie domyślasz, że tylko twa czystość rodzi moje wybryki? — Biada, biada nieludzkim!.. Zaraz widać, że otrzymała wzorowe wychowanie. — Zemną dzieje się przecież to samo.
Czyś odmówiła już pacierz Desdemono?
Serce mi się ściska... Głupstwo! —
I święta Agnieszka zmarła przez swą powściągliwość, a nie była ani nawpół tak nagą, jak ty! — Całuję twe kwitnące ciało, — twoją dziecinną pierś, — twoje okrągłe — okrutne kolana...
Tak być musi, tak być musi moje serce! Nie pytajcie mnie o nią, wstydliwe gwiazdy.
Tak być musiało! —

(Obraz zapada w głąb, zamyka wieko).