Strona:PL Wedekind - Przebudzenie się wiosny.djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


podnieść oczu. — Ale kiedy się uchwyciłem, muszę się już trzymać. To już nieubłagana konsekwencja: jeśli upadnę, muszę kark skręcić.

MELCHJOR.

Życie jest niewypowiedzianie podłe. Czasami mam niekłamaną ochotę powiesić się na pierwszej lepszej gałęzi. Czemu to mama nie daje herbaty?

MAURYCY.

Szklanka gorącej herbaty zrobi mi dobrze. Drżę cały. Czuję się tak dziwnie uduchowionym. Proszę cię dotknij mnie tylko. Widzę — słyszę — odczuwam — daleko wyraźniej, — a jednak, jakby przez sen, — jakby w jakimś nastroju. — Tam w blasku księżyca, rozciąga się ogród, taki cichy, taki głęboki, jakby szedł w nieskończoność. Z pod krzewów wysuwają się mgłą owiane postacie, przesuwają się cicho w świetle i znikają w półcieniu. Zdaje mi się, że pod kasztanem odbywa się jakaś narada. — Czy nie chciałbyś zejść do ogrodu, Melchjorze!

MELCHJOR.

Poczekaj, napijemy się wprzód herbaty.