Strona:PL Wedekind - Przebudzenie się wiosny.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wydało, wyrzuciliby mnie ze szkoły. — Piękna była jak dzień i — o tak naturalna!

MELCHJOR.

Ja byłem ostatniego lata z mamą w Frankfurcie... Odchodzisz Maurycy?

MAURYCY.

Idę się uczyć... Dobranoc.

MELCHJOR.

Do widzenia.

SCENA TRZECIA.
(Tea, Wendla i Maria wchodzą pod rękę).

(Ulica).

MARTA.

Jakżem ja przemoczyła buciki.

WENDLA.

Jakże mi wiatr owiewa policzki.

TEA.

Jakże mi serce bije.

WENDLA.

Chodźmy na most! Ilza mówiła, że woda niesie krzaki i drzewa. Chłopcy zbudowali tratwę na rzece. Melchi Gabor wczoraj wieczorem o mało nie utonął.