Strona:PL Wedekind - Przebudzenie się wiosny.djvu/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MELCHJOR.

Pytał się go o to.

MAURYCY.

Pytał się go o to? — Nie ośmieliłbym się pytać o to nikogo.

MELCHJOR.

Przecież mnie się spytałeś.

MAURYCY.

Bóg wie zresztą. — Możliwe, że Jaś Rilow spisał już swój testament. — Doprawdy dziwną grę prowadzą z nami. I za to mamy być wdzięczni. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek odczuwał tęsknotę za podobnymi wzruszeniami. Pragnąłbym spać spokojnie, dopókiby się znowu wszystko nie uspokoiło. Moi kochani rodzice mogliby mieć stu synów lepszych odemnie. Nie wiem w jaki sposób przyszedłem na świat i teraz mam być za to odpowiedzialnym. Czyś ty się kiedy zastanawiał nad tem Melchjorze, w jaki sposób dostajemy się w ten odmęt.

MELCHJOR.

A więc ty nie wiesz tego dotąd Maurycy?

MAURYCY.

Skądże mam wiedzieć? — Widzę jak kury składają jajka i słyszę, jakoby mnie