Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chciał osiąść w Buenos Aires jako adwokat i zmurszała ruinę, przemienić w wygodną siedzibę.
Przypomniał ojcu obietnicę, ale Gotfryd zaprzeczył wręcz.
— Czy możesz mi to pokazać czarne na białem, czy nie? — powiedział, mrużąc oczy. — Czegóż tedy chcesz? Ładny z ciebie prawnik, skoro zamierzasz realizować pretensje nie pisane!
Stefan zmilczał, poprzestając na przypominaniu się ojcu od czasu do czasu, w sposób chłodny, melodyczny i spokojny.
Gotfryd mawiał: — Nie podoba mi się żona twoja. Jest nie na miejscu w naszem środowisku. Do djaska! Ciągle czyta książki! To delikatna laleczka bez rasy. Niech na tem poprzestanie co ma. Nie głupim sobie robić koszta z jej powodu. Drogi to żarcik przemienić Eskurial w eleganckie mieszkanie, a ja nie mam pieniędzy, nie mam wcale pieniędzy.
Stefan oceniał samą gotówkę ojca na cztery, do pięciu miljonów franków, toteż odpowiedział raz:
— Winien mi jesteś ojcze mą część dziedzictwa.
— Winienem ci cios pięścią w zęby! — odkrzyknął ze złością.
— Czy to ostatnie słowo twoje, ojcze?
— Nie prędko jeszcze wyrzeknę ostatnie słowo moje! — sierdził się starzec.— Zaczekasz na to jeszcze z dwanaście lat. Ale zawrzyjmy ugodę, gdyż lubię żyć w dobrych stosunkach z rodziną. Słuchaj tedy. Jeśli żona twa powije syna, dostaniesz Eskurial i ponadto pięćdziesiąt tysięcy pesos.
— Napisz mi to ojcze, bym miał czarne na białem.
Starzec zaśmiał się.