Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/368

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


za kark i poszli obaj. Adalbert nie stawił wcale oporu. Nie przyszedł nazajutrz, nie było go w dniu trzecim ni czwartym, wogóle znikł raz na zawsze. Zapytałam Karolka co z nim zrobił, on zaś powiedział, że go zaprowadził na okręt, odchodzący do Ameryki. Domyśliłam się wszystkiego i jęłam znowu pytać, ale Karolek oświadczył, że jeśli nie będę milczeć, zabije mnie poprosili i koniec. Milczałam tedy. Możliwe jest, że Adalbert pojechał... całkiem możliwe. Nie słyszałam już o nim potem i prawdę mówiąc, nie bardzo mnie to obeszło. Każdego dnia trzeba walczyć o własną skórę, a zawsze było taksamo i taksamo...
Usiadła w łóżku, chwyciła silnie ramię Krystjana. Oczy rozbłysłe wbiła weń i syknęła przez zaciśnięte zęby:
— Ale wówczas nie wiedziałam tego wszystkiego tak jasno. Dopóki się w tem tkwi, człowiek nie wie, co to jest i że nie można tak żyć. Nie chce się dopuścić myśli, że człowiek jest potępiony, siedemkroć potępiony! Pocóż mnie zabrałeś? Czemu tak się stać musiało?
Krystjan nie rzeki słowa. Słyszał jakiś dziwny świst powietrza.
Po chwili puściła go, a raczej odepchnęła, tak że wstał, ona zaś opadła na poduszki.
Krystjan myślał:
— Wszystko nadaremne!
Przygnębienie jego poszło w rozpacz. Nadaremnie... szedł świst przez powietrze... nadaremnie, nadaremnie!
Nagle rzekła Karen głosem czystym, jakiego u niej nie słyszał dotąd:
— Chcę mieć perły maiki twojej!
— Co? — zdziwił się, sądząc, że źle zrozumiał.