Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/365

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nikczemności jedna para uszu? Żarcie z odpadków, barłóg psi, ciągłe podejrzenia... można się wściec.
Poszłam do domu publicznego, po czterech miesiącach do innego. Miałam długi. Sama nie wiem, jak się to stało. Życie, mieszkanie, odzież, wszystko liczy się potrójnie, trzeba płacić za każde kichnięcie. Człowiek pragnie uciekać, zanim stanie się coś strasznego.
Przychodzi laki panek, pyszałek, rzuca złotówkami, wydobywa z toni, idziesz z nim. Trzeciego dnia katastrofa. Pukanie. Co takiego? Policja... Biorą panka, a ty z wielkim jeno trudem zdołasz ujść cało. Cóż dalej?
Szukasz dachu nad głową, łóżka, cieplej strawy i czegoś do picia. Jest się napiętnowaną, nikt ci nie dowierza, coś popycha z tyłu, coś ciągnie z przodu i tak, niepostrzeżenie znalazłeś się człowieku na dnie.
Owinięta szczelniej kołdrą ciągnęła po chwili dalej ponuro:
— Tak się to mówi... na dnie. Ale nie koniec na tem, pod dnem jednem jest drugie, trzecie, a trudno nawet wypowiedzieć, jak to wygląda, trudno sobie wyobrazić, czy zapamiętać. Mieszkasz w norze, trzy razy droższej, niżby wypadało, jesteś własnością wszystkich i każdy cię brać może. Zresztą obojętne, salon, czy taka nora. Za każdem otwarciem drzwi dreszcz cię przenika.
Legniesz w końcu spoczywać. Cóż z lego? Wszakże jutro tosamo. Brudne, cuchnące kawiarnie, tesame ciągle twarze, tasama hałastra. A ulica, tak zwany rejon. Ciągłe i zawsze nocą. Znasz każde okno, każdą rynnę, latarnię. Gapisz się, kręcisz, wyszczerzasz zęby i wykrzywiasz się. Chodzisz, .stajesz i zerkasz na policjanta. Rzucasz się na każdego mężczyznę, bez względu czy ma schodzone obcasy, czy paraduje we futrze, obiecu-