Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/356

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wdowy, opartą o trzy podbródki i usta wydające gromkie tony starego wilka morskiego. Po chwili, tę spotniałą masę mięsa wykrzywił grymas uprzejmości. Czyniąc gest w kierunku pokoju przyległego zapytała słodko djalektem miejscowym, czy nie zechciałby przejść do salonu na filiżankę kawy. Kawa i babka, nie są to rzeczy do pogardzenia. Spodziewała się pewnej baronowej, aż z Kostrzynia, osoby bardzo wykwintnej, która ma przybyć umyślnie dla zasięgnięcia porady w bardzo skomplikowanych sprawach familijnych. Podkreśliła, że zna życie, ma stosunki i umie się znaleźć wobec osób wybitnych.
W ponurym pokoju było kilka stołów zarzuconych staremi, zmiętoszonemi pismami literacko humorystycznemi. Leżało tu także kilka książek, co wszystko razem miało pozór poczekalni dentysty. Tłuste palce wdowy pokrywało dużo pierścieni z jaskrawemi kamieniami. Miała czerwoną bluzkę i czarną spódnicę, spiętą paskiem o srebrnej sprzączce, masywnej, jak klamka drzwi.
Gdy Krystjan przyszedł wieczór do Karen, siedziała pod piecem, z policzkiem na dłoni. Położył jej na kolanach dwie, przyniesione pomarańcze. Nie drgnęła, nie rzekła słowa podzięki. Sądząc, że mimo wszystko tęskni za dzieckiem, nie śmiał przerywać milczenia.
Nagle rzekła niespodzianie:
— Dziś jest siódma rocznica śmierci Adama Larsena.
— Nie wiem nic o Adamie Larsenie! — odparł, a gdy milczała dalej, poprosił: — Opowiedz mi o nim.
Potrząsnęła głową przecząco. Obezwładniona jego spojrzeniem, wbiła oczy w ścianę. Przysunął sobie krzesło, siadł naprzeciw niej i jął nalegać: