Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/342

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciłem oszołomiony i wciągnąłem ją do siebie, w chwili kiedy szła do modniarki, gdzie pracowała. Powiła dziecko, a mnie dawno już nie było i zapomniałem o wszystkiem.
Rodzice wyrzucili ją, dziecko zmarło rychło u obcych, ona zaś sama staczała coraz to niżej. Dziwnym trafem spotkałem ją przed dwoma miesiącami, a dowiedziawszy się o całej nędzy, spełniłem swój obowiązek. Zresztą poglądy me doznały zupełnej zmiany głównie skutkiem znajomości z... pewnym dziwnym człowiekiem.
Wiem, żem wszystko utracił, przyszłość, szczęście, miłość matki, narzeczoną, przywileje rodowe, szacunek przyjaciół... mimoto jednak postąpić inaczej nic mogłem.
Słysząc te spokojne, dobitne słowa, stary baron skamieniał. Brwi mu się zjeżyły, usta zaciśnięte przypominały teraz jaskinię pomiędzy nosem, a podbródkiem.
— Tak, tak... — mruknął po chwili sycząco. — Tak... Fait accompli. To nikczemność. Nie mam oczywiście ochoty rozmawiać z głupcem bez mózgu. Uczyni się co Trzeba. Utracisz środki materjalne, i pójdziesz pod klucz. Są jeszcze w Niemczech domy warjatów i ma człowiek coś do gadania. Śliczne widowisko! Baron Boto v. Thüngen w rynsztoku. Żydowskie piśmidła zatriumfują i to słusznie!
Oczywiście między nami wszystko skończone. Nic spodziewaj się ustępstw. Niestety muszę cię jeszcze tolerować przez tę noc u siebie, gdyż konie są zbyt zmęczone, by je gnać na dworzec.
— Mogę iść pieszo! — rzekł Boto, wstając i musnął rude swe, szczecinowate włosy. Piegowata twarz jego przybrała bladość chorobliwą. W tej chwili jednak