Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciszej jeszcze, ledwo dosłyszalnie dodał: — Komuż to wolno patrzeć na nagość matki własnej?
Wsiał znowu i jął chodzić wokoło. Tak go opanowały te sprawy, że mówił do siebie wyłącznie:
— Dwie sprawy poruszały w dzieciństwie już myśl moją. Przedewszystkiem zainteresował mnie los licznych biedaków, którzy za drobne kradzieże drzewa dostawali się skutkiem doniesień ojca do więzienia. Często słyszałem jak stara kobiecina, albo brudny, wygłodniały wyrostek błagali o zmiłowanie. Ale ojciec nie znal litości. Był leśnikiem i oczywiście czynić tak musiał. Następnie dumałem o bogaczach lej właśnie okolicy, którzy mieszkają w pałacach swych i dobrach, wśród ciągłych zabaw i łowów, nie odmawiając sobie niczego, pod wrażeniem byle zachcianki, czy swawoli. Człowiek czuje, że stoi pomiędzy dwu walcami, które go z czasem zgnieść muszą.
Przez chwilę patrzył tępo przed siebie.
— Co myślisz pan o donosicielu? — spytał nagle.
— Nic dobrego, — odparł Krystjan, uśmiechając się z przymusem.
— Słuchajże pan. Miałem w seminarjum kolegę, nazwiskiem Dippel. Był to człowiek średnich zdolności, ale porządny i obowiązkowy. Ojciec jego pełnił funkcje strażnika kolejowego, zaliczał się tedy do wielkich biedaków, a syn stanowił całą jego dumę i nadzieję. Otóż Dippel zapoznał się z pewnym malarzem, studentem i dnia jednego ujrzał w jego mieszkaniu album z fotografjami kobiecych aktów. Przeglądał je długo, potem zaś poprosił malarza, by mu albumu tego pożyczył. Dippel spał w jednej ze mną sali. Byłem najstarszym w sypialni i spostrzegłem zaraz zmysłowe podniecenie i krzątaninę dokoła Dippla, który się zwierzył kilku