Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/329

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szywie. Ale niema o czem mówić, gdyż jest to bagatela.
— Cóż pan myślisz o moim projekcie?
Krystjan zwiesił głowę, a po chwili odparł:
— Ładne to sidło, panie pastorze, jak widzę. Muszę się namyśleć. Ja sam tedy korzystam niejako z mego dobrodziejstwa. Cóż to za wstrętne słowo: dobrodziejstwo! Korzystając zaś, pomniejszam je. A pan pastor sądzi, że ma to oddziaływać na minie wychowawczo i ułatwić mi zadanie?
— Tak, mniej więcej myślałem, z uwagi, liż pan tę właśnie obrał drogę.
— Jeśli rozczaruję, będzie pan pastor żałował skromności swojej! — zauważył Krystjan trochę szyderczo. Mógłby pan żądać kwoty podwójnej, potrójnej, a ja zapewne inie zawahałbym się, cóż mi bowiem zależy na tem do czyjej kieszeni wpłyną niepotrzebne mi miljony. Uczyń pan to, proszę, a ryzyko się zmniejszy.
— Czy pan pytasz z powodu niewiary w moją sprawę?
— Nie wiem, ale proszę pana pastora o odpowiedź.
— Przedłożyłem już kalkulację swoją. Proponuję to tylko, na co pozwalają warunki. Nie chcę przekraczać pewnej linji i wykorzystywać sposobności. Inaczej spotkałbym się z zarzutem niechętnych i intrygujących ludzi.
— Czyż ma mnie ująć fakt, że jakiś lam, uwolniony a rzekomo poprawiony więzień dostanie w rękę, piędziesiąt, sto, czy dwieście marek? — upierał się Krystjan głosem godnym adwokata — czy znam tych ludzi, nie wiem czem są, czem cuchną, jak wyglądają i co poczną