Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/327

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


procent, czyni ze mnie rentjera. Cóż tedy uczynić? Pragnę zasięgnąć światłej rady jego.
Pastor zamyślił się. Spozierał chwilami na Krystjana i dumał znowu.
— Zaskoczyły mnie, przyznaję, słowa pańskie, Krystjanie drogi. Żądasz pan porady?
Znowu zwiesił głowę, znowu spojrzał weń i rzekł wreszcie:
— Zrzekasz się pan. tedy majątku, oraz rocznych dochodów, płaconych dotychczas przez firmę. Dobrze. Wola ta zostanie uznana. Wierzę, że pan nigdy nie wyciągniesz po to ręki. Zakończona jest tedy dawniejsza egzystencja.
Rozumiem wnętrzną rozterkę z racji wyznaczenia sobie koniecznej na życie kwoty. Jest to problem skromności, który raz rozstrzygnięty, gorzkiem trzeba będzie okupić doświadczeniem.
Krystjan potwierdził gestem.
— Słuchaj mnie pan, drogi Krystjanie! — ciągnął pastor dalej podniesionym głosem — to, co powiem, jest nieco drażliwe może. Jestem, jak panu może wiadomo, kapelanem domu karnego w Hanau i czuwam nad ludźmi wykluczonymi ze społeczeństwa. Interesują mnie oni, znam motywy ich czynów, ciemń serc i tęsknotę, ujętą zamrozem.
Zaręczam, niema pośród nich jednego, któregoby uratować nie można, rozjarzając w nim iskrę bożą. Sprawie tej służę gorliwie, a niejeden już wrócił na świat zupełnie odrodzony i opiera się dzielnie pokusom. Owa poprawa, zależna jest, niestety, w wielu razach od uchronienia takiego człowieka przed nędzą.
Ludzie litościwi udzielają pomocy, przyczynia się również państwo, ale wszystkiego mało. Czyżby było