Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/326

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niechże się ojciec uspokoi! — odpowiedział. — Nie nastąpi to co go troska. Także nie wyciągnę ręki po zwrot. To jest równie niemożliwe, jak żeby ptak przeistoczył się w jajo, lub ogień w stos drew.
— Czy miałeś pan z góry na celu pozbawić się wszelkich zgoła środków pieniężnych? — badał pastor ostrożnie?
— Nie... — odparł Krystjan z wahaniem. — Nie dorosłem jeszcze do tego. Trzeba się wpierw nauczyć, bo to rzecz trudna. Zwłaszcza w wielkiem mieście, przeszkód miałbym zbyt wiele. Pozatem, przyjąłem pewne zobowiązania. Nie mam także żadnego programu i nic potrzebuję go wcale. Rzecz główna, bym sobie wreszcie stworzył rozsądną sytuację i pozbył się nieustannej udręki. Chcę zrzucić z siebie jarzmo nadmiaru i bym miał tylko to, co koniecznie potrzebne dla mnie i kilku ludzi jeszcze. Każda potrzeba da się ograniczyć i to ograniczanie można doprowadzić do punktu, kiedy ma się zysk z owego zacieśnienia potrzeb.
— Jeśli pana dobrze rozumiem, — powiedział pastor — to chcesz pan zatrzymać część majątku, jako zabezpieczenie przed krańcową nędzą?
Krystjan usiadł przy stole, oparł głowę na rękach i rzekł zcicha:
— Tak... tak. W tym właśnie punkcie nie mogę dojść ze sobą do ładu. Gdzież jest granica pomiędzy sprawiedliwością a samowolą? Żyłem w warunkach, które mi nie pozwoliły na osąd praktyczny, nie posiadam miary tego, co niezbędne, a co zbyteczne. Pan pastor zrozumiał mnie należycie. Nie chcę spierać się o kwotę, bardzo małą zresztą, która mi jest istotnie potrzebna. Kwestja pieniężna jest to zresztą drobiazg, wlokący się za czemś nierównie ważniejszem. Każdy kapitał, dający