Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/322

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pienia na świecie. Dusze zstępują do praźródła swego, by się pobratać z potępionymi.
Zacisnął dłonie i przybrał wygląd szaleńca.
— Ciało moje poszukuje ziemi, głębi, pokolenia, nocy, — podjął na nowo — wnętrze moje rozwiera się, jak rana. Czuję splątanie, napór losu, modlę się o modlitwy, jestem widmem, w widmowym korowodzie straceń. Ból pełniący atmosferę przygniata mnie, mea culpa, mea maxima culpa.
Krystjan uczuł niewysłowione przygnębienie. Patrzył otępiały.
Nagle zapukano do drzwi przedpokoju. Becker drgnął i zwrócił w tę stronę oczy. Pukanie powtórzyło się natarczywiej i szybciej.
— A więc tak... — mruknął przerażony. — Musze się oddalić. Przebacz pan, muszę się oddalić niezwłocznie. Czeka na mnie auto. Ale proszę, zostań pan tutaj kilka minut jeszcze!
Sięgnął po torbę podróżną, złożoną na łóżku, rozejrzał się błędnie, przycisnął okaleczałą dłoń do surduta na piersiach i powiedział żywo:
— Proszę, pożycz mi pan pięćset franków, w południe wydałem ostatniego centima. Nic gniewaj się pan, pilno mi bardzo.
Krystjan dobył mechanicznie portfel i wręczył mu pięć banknotów, a Becker wyrzekł kilka słów podzięki i pożegnania, poczem wypadł z pokoju.
W kwadrans potem opuścił Krystjan dom, w stanie zupełnego oszołomienia. Długo wałęsał się wokoło miasta i wśród wzgórz, a nocnym pociągiem wrócił do Berlina.
Przez cały czas wielogodzinnej podróży czuł się fizycznie złamanym.