Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/304

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pozycję. Przy sposobności złożę znowu swe uszanowanie.
Wyszedł, drżąc z obawy, że zostanie napadnięty z tyłu.
Karen nie zauważyła wcale, iż jest sama. Dumała, w sposób zresztą bardzo prymitywny. Dręczyła ja dwojaka niepewność, aż do chorobliwej wściekłości posunięta. Szło po pierwsze o to, czemu Krystjan wypytuje ją ciągle na nowo, z tąsamą cierpliwością, dobrocią i zaciekawieniem, zaś po drugie, jaka siła tajemnicza zmusza ją do opowiadania, do zdawania sprawy i snucia szczegółowych nieraz opowieści.
Zawsze się zrazu broniła, polo jednak tylko, by ulec zaraz. Przerażeniem napełniało ją zapuszczanie spojrzeń w przeszłość własną, ale przemożna siła zmuszała ją do tego nieubłaganie, tak że wszystkie przeżycia, wszystko co znikło w rozpasaniu, ciemni, głuszy i grozie, ujawniło się teraz w jednym strasznym obrazie. Własne jej życie wydało jej się życiem osoby innej, było podobne i nie podobne zarazem. Zaczynało się od początku, dwakroć okropniejsze, groźniejsze i bardziej ciemne, a smutny koniec dnia każdego tkwił w pamięci.
Dawne rzeczy znalazły się znów na swojem miejscu, przeważnie wyglądały z ciemni izby, łóżka, ściany, miasta, ulice, rozstaje, szynki, kurytarze w gmachach urzędów, ludzie, słowa, godziny, noce, łzy, wrzaski. Wracały wszystkie momenty strachu. Wszystko to, zjawione na nowo zazębiało się o przeszłość.
Wyobraźnia poddała obraz taki: długi kurylarz, kędy się już raz szło. Nagle ktoś chwyta, nakazując wracać po rzecz zapomnianą. Człowiek broni się rozpacznie, czyni ostateczny wysiłek, by tego nie uczynić,