Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/244

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Joanna podeszła z uśmiechem, dobyła z wahaniem piękna kameę i przypięła ja sobie żartem do piersi. Potem włożyła na włosy przepyszny djadem z brylantów, wsunęła na palce kilka pierścionków i otoczyła swe ramię sadzoną perłami branzoletą. Tak przybrana przystąpiła do Ewy onieśmielona i drwiąc ze siebie jednocześnie.
Ewa podniosła zwolna oczy z nad książki i spojrzawszy na nią spytała:
— Czy to prawda?
Po kilku sekundach powtórzyła znowu ciszej i szerzej rozwierając oczy:
— Czy to prawda?
Joanna zbladła, zrozumiała i dreszcz nią wstrząsnął.
Ewa wstała, przystąpiła do niej, odpięła kameę od jej sukni, zdjęła z głowy djadem, ściągnęła z palców pierścionki i odpięła branzoletę. Złożywszy to wszystko w kasetce, siadła z powrotem i rzekła do Zuzanny, biorąc w rękę książkę:
— Kończ prędko! Chcę przedtem jeszcze odpocząć trochę.
Joannie brakło tchu. Wyglądała teraz jak obita. Subtelny kwiat serca został złamany bezpowrotnie, a więdnąc wydzielał miazmaty. Napół omdlała wyszła z pokoju.
Zapieczętowaniem skończonego rozdziału życia i jakby groźbą gorszego jeszcze nieszczęścia, stała się dla Joanny otrzymana w dwie godziny później depesza matki, która wzywała ją nagląco do domu, czyniąc aluzję do jakiejś, zaszłej katastrofy. Panna Grabmeier spakowała niezwłocznie kufry, gdyż pociągi odchodził o piątej rano.
Począwszy od północy siedziała Joanna w pokoju