Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dziarski chłopiec! — mruknął Crammon. — Szkoda go!
Znaleźli się przy aucie, ale Krystjan powiedział:.
— Chciałbym przejść się i wrócić do hotelu pieszo. Czy pójdziesz ze mną?
— Bon! Jeśli tego chcesz, jestem do dyspozycji.
Krystjan odprawił wóz. Miał dziwne uczucie, że idzie
na spotkanie losu.
— Dni pobytu Ariela są policzone, mnie zaś wzywają obowiązki. Muszę zajrzeć do moich staruszek, potem do Estora w Styrji. Wiesz, cietrzewie! Następnie przyrzekłem młodemu Sinsheimowi, że przyjadę do St. Maurice.... A jakież są twoje plany?
— Jutro, lub pojutrze pojadę do Berlina.
— Do Berlina? W jakimże celu, na Boga?
— Zacznę pracować.
Crammon stanął. Otworzył usta i zapomniał zamknąć.
— Pracować? — jęknął osłupiały i w dwu skokach znalazł się u boku Krystjana. — Pracować? Co mówisz, nieszczęsny?
— Zapiszę się na uniwersytet. Spróbuję studjować medycynę.
Crammon potrząsnął rozpaczliwie głową.
— Pracować?... Uniwersytet?... Medycyna?... Boże wielki! Ty, o Panie słyszysz lo! Czyż nie dość jeszcze na świecie pracy w pocie czoła, partactwa, szachrajstwa, zachłanności i nieuctwa? Nic mówisz chyba serjo?
— Przesadzasz, Bernardzie, jak zawsze! — odparł z uśmiechem. — Przestań narzekać. To co czynię jest całkiem prosie i naturalne. Zresztą to dopiero próba i nie wiem, czy się powiedzie. Ale spróbuję. Temu zapobiec nie zdołasz.