Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie zapomnijcież o mnie doszczętnie, w tym starym świecie! — rzekł Stettner.
Zapadło milczenie.
— Nie wiem, czy nam, zostającym tu będzie w najbliższej przyszłości tak bodaj znośnie, jak dotąd! — jął pesymistycznie wywodzić Crammon. — Nie mogliśmy się uskarżać na kuchnię, ni piwnicę. Ale nadciąga, zda mi się, burza. Nie zła to więc myśl, póki czas, zmykać, drogi panie, radbym tylko byś pan tam znalazł stanowisko dogodne dla obserwowania niedalekiej może klęski. Gdy zaś huragan rozpęta się, racz wspomnieć i daj na mszę za nas, to znaczy za mnie, gdyż ten oto człowiek wytrącony jest z Kościoła Świętego.
Stettner uśmiechnął się, ale zaraz spoważniał.
— Istotnie! — odparł. — Czujemy się tu wszyscy jak w łapce na myszy. Dziś w chwili odjazdu, na zawsze może, mam silne poczucie przynależności narodowej i radbym biegać od jednego człowieka do drugiego, by go ostrzec. Nie wiem tylko przed czem i z jakiego powodu.
Crammon powiedział z powagą:
— Stara moja Aglaja doniosła niedawno, że przez całą noc śnił jej się czarny kot. Głęboka to istota i dusza prorocza, toteż sen oznacza coś złego. Możliwe, że wstąpię do klasztoru... to bardzo możliwe. Nie śmiej się Krystjanie, my darling, nie śmiej się.
Krystjan nie miał wcale ochoty do śmiechu.
Stettner przystanął i podał im ręce.
— Żegnam pana! — powiedział Crammonowi serdecznie. — Dziękuję za odprowadzenie! — dodał ściskając długo prawicę przyjaciela.
Potem wyrwał się, podszedł spiesznie do pomostu i znikł w tłumie.