Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


linją, zygzakiem, gestem, czy maską. Wszystko nakleja się na mur, oświetla jaskrawo i jest nowe, dopóki nie nadejdzie coś najnowszego. Dusza ucieka, dobroć ustaje, kruszy się kształt, a uszanowanie obumiera. Czyż pan się nie lęka dorastającego pokolenia? Zapanowała atmosfera, jak przed potopem.
— Malarzu maluj, a nie klnij! — powiedział Imhoff łagodnie.
— To prawda! — przyznał zawstydzony potrosze. — Nie wiemy dokąd to zmierza. Istnieją atoli objawy, małe rokujące nadzieje, rzec można, przypadki typowe. Czy słyszałeś pan o samobójstwie Niemca amerykańskiego Scharnitzera? Znany był w kołach artystycznych, chodził po pracowniach i kupował bez largu co mu się spodobało. Czasem przyprowadzał ośmnastoletnią, anielsko piękną córkę imieniem Sybila. Lubiła rzeczy rodzajowe i kwiaty, a on kupował jej to.
Zarobiwszy w Ameryce miljony na handlu drzewem, wrócił do kraju i wytworzył atmosferę kultury i spokoju dla córki, która mu była bożyszczem i wszystkiem na świecie. Z żoną żył krótko, gdyż uciekła z jakimś mulatem. Córka stanowiła całą jego nadzieję i treść życia. Uważał ją za świętość i istotnie wyglądała tak eterycznie, dumnie i wytwornie, że nikłby jej nie śmiał tknąć palcem. Promieniowali oboje dobroczynną harmonją, toteż śmierć dobrowolna ojca wywołała niezmierne zdumienie.
Sądzono powszechnie, że oszalał, ale sam podał motywy w liście do jednego z amerykańskich przyjaciół. Pewnego dnia leżał słaby w łóżku, oddalony o kilka pokoi od saloniku, gdzie przyjaciółki Sybilli zabawiały się wesołą rozmową. Słyszał ich głosy, ale nie słowa.