Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cały kozły i piszczały z bólu. Stefan pilnował widowiska, bracia jego, sparci o poręcz werandy, rżeli z upojenia, a pod brama stali dwaj Indjanie w roli milczących, poważnych widzów.
Stefan liczył na to z góry, że ciekawa Letycja drzwi otworzy. Kilku skokami był na górze, a stojąca po jego stronie Esmeralda zastąpiła drogę i nie pozwoliła zamknąć drzwi.
Pobladły z gniewu przekroczył próg, podniósłszy zaciśniętą pięść, ona zaś padła na kolana, zakrywając twarz rękami.
— Dlaczego mnie bijesz? — kwiliła przerażona i zdumiona, że nie bije.
— By cię nauczyć posłuszeństwa! — zgrzytnął rozjuszony.
Załkała:
— Dwom istotom czynisz krzywdę.
— Kroćset tysięcy, co mówisz? — wrzasnął, spoglądając tępo na skuloną kobietę.
— Dwom istotom czynisz krzywdę! — powtórzyła, radując się, że go okpiła.
— Kobieto, czy to prawda? — zapytał.
Spojrzała poprzez palce i powiedziała sobie:
— Wielka opera, ostatni akt, zaraz zjawi się gubernator.
Skinęła boleśnie głową, postanawiając, że go zdradzi z oficerem marynarki.
Stefan wydał ryk triumfu, zatańczył wokoło niej, padł na posadzkę i jął całować jej ramiona, plecy oraz kark. W oknach i drzwiach ukazała się donna Barbara, Esmeralda, bracia i domownicy. Stefan wziął ją w mocarne ramiona i obniósł wokoło werandy, wołając, by zarżnięto wołu i wstawiono szampan w lód.