Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To jest więc pan Crammon! — bąknął. — Nie wiem czemu mnie śmiech zbiera, ale daremnie, śmiać mi się chce nieustannie.
— Jutro jedziemy! — rzekł Krystjan, przytykając do ust chustkę i jął oddychać subtelną wonią, która budziła mnóstwo zwiewnych i napoły spełzłych już wspomnień.
Amadeusz rozerwał na pół jeden z goździków i rzekł:
— Same włókna i komórki. Dość mam tego pasożytniczego życia. Chcę krajać ciała ludzkie, sekcjonować zwłoki. Można się może w ten sposób dowiedzieć, gdzie tkwi słabość i nikczemność. Chcę szukać życia u jego ujścia, śmierci u jej korzenia. Czuję w sobie talent anatoma. Chciałem zostać Savonarolą, ale krasomówstwo to rzecz dziś ryzykowna. Lepiej się wezmę do ciał, duchy, doprowadzają mnie do rozpaczy.
— Sądzę, że trzeba pracować! — rzekł Krystjan zcicha. — Coś robić, wszystko jedno co!
Zwrócił się ku oknu. Nie było już na niebie białej chmurki. Pochłonęło ją morze.
— Do tego doszedłeś? — urągał Amadeusz. — Ja to wiem od dawna. Droga do piekła brukowaną jest pracą. Tylko w piekle możesz zostać wypalony do czysta. Ale dobrze, żeś do tego doszedł.

3.

Crammon i Joanna Schöntag siedzieli w halu hotelowym. Skończyli właśnie kolację. Towarzyszka Joanny, panna Grabmeier odeszła już.
— Skrzaciku, musisz pani wziąć na cierpliwość! — rzekł Crammon. — Nie ruszył dotąd przynęty, a pławik leży na wodzie nieruchomo.
— Wezmę na cierpliwość, łaskawy panie! — odparła