Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Krystjan stał zapatrzony w ciemne morze, odczuwał cały chłód świata i chaos spraw ludzkich.
Nagle usłyszał rozbrzmiewający od strony wydm jakby krzyk człowieka, znajdującego się w ostatniej opresji, w niebezpieczeństwie śmierci. Krzyk ten usłyszał także Amadeusz. Spojrzeli po sobie.
— Chodźmy! — powiedział Krystjan.
Skierowali się tam, skąd krzyk dolatał, ale tama była pusta, podobnie jak wybrzeże i wydmy. Trzy razy jeszcze usłyszeli ten krzyk, to gluchszy, to wyraźniejszy, bliższy, potem znów dalszy. Wracając, rzekł Amadeusz:
— To nic był krzyk człowieczy. Coś się ozwało w naturze, jako znak, zawołanie duchów. Wydarza się to, częściej nawet, niż przypuszczamy. Coś nas dokądś wzywa. Zawołany został jeden z nas.
— Rzecz możliwa! — odparł z uśmiechem Krystjan, którego zmysł rzeczywistości, za żart jeno mógł przyjąć tego rodzaju tłumaczenie.

22.

Crammon zatrzymał się na przeciąg jednego dnia we Frankfurcie, podczas podróży do Macphersona, zamieszkałego w Szkocji. Zawiadomił o swej obecności matkę Krystjana i został zaproszony, z natarczywą serdecznością do Wahnschaffeburga.
Zbliżał się koniec lipca. Usiedli na balkonie zarośniętym jerychońską różą, przy herbacie, a pani Richberla zakazała przyjmować gości. Przez chwilę paplali o różnościach, czyniąc częste przerwy. Pani Richberta chciała się czegoś dowiedzieć od Crammona o synu, nie mając wieści, od chwili kiedy opuścił Christiansruh. Trzeba było jednak mimo, że obrażało to jej dumę,