Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Żaliż mogę powiedzieć: kocham, nie wstydząc się do głębi trzewiów? Ileż ma znaczeń owo: kocham? W iluż go używałem ujęciach. Odpowiednio oświetlona tektura, oglądana z widowni przedstawia się zawsze jako korona. W gruncie rzeczy jestem człowiekiem zrozpaczonym. Okręt mój rozbił się o rafę słowa. Brzmi to dziwnie, ale jest prawdą. Być może, iż każdy aktor jest zasadniczo desperatem.
Spojrzenie Judyty nie przejawiało wielkiego zrozumienia.
— Nie będziemy się, sądzę, dręczyć słowami! — rzekła, by coś odpowiedzieć.
Ale Edgar Lorm uznał to za sprytne i skinął wdzięcznie głową.
— Byłoby to nader pożądanem, — odparł tonem książęcym — bo, widzi pani, słowo i uczucie są rodzeństwem. To czego wypowiedzieć nie chcę skutkiem odrazy, jest i dla uczucia mego banalne i nieznaczne. Trzebaby milczeć, jak los. Jestem już, być może, niezdolny do przeżyć rzeczywistych, rzec można wytresowany w nich. Djabelnie mam mało zaufania do siebie i żal mi dłoni, która się ku mnie wyciąga z pomocą.
Wszystko jedno zresztą! — zakończył i zerwał się elastycznie. Ja także gotów jestem!
Podał jej dłoń, jak koledze, ona zaś zachwycona żywością i rycerskim wdziękiem tego gestu, przybiła pakt z uśmiechem.
— Gdzie pani stanęła.
— W tym hotelu.
Rozmawiając swobodnie, odprowadził ją do jej pokoju.