Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pływam w złocie, — wzdychał, — a tonę w długach! — Za lat dwadzieścia będę starcem i nędzarzem.
Praktyczność jej napełniła go podziwem naiwnym. Powiedział:
— Słyszałem czasem, że podobno są na świecie kobiety jak pani, ale w istnienie ich nigdy wierzyć nie chciałem. Znane mi są tylko ich bezpodstawne pretensje i romantyczne uczucia.
— Jesteś pan niesprawiedliwy! — zauważyła z uśmiechem. — Każda kobieta ma swój zakres, gdzie działa poprawnie. Ale świat nie troszczy się tem. Stosunek kobiety do świata jest często fałszywy.
— To jest rozsądne! — rzekł Lorm, zadowolony. Był skąpy w pochwałach.
Pozwalał się z ochotą wyciągać na opowiadanie o drobnych troskach, przeciwnościach i cierpliwie znosił formalne śledztwa z jej strony. Przynosił jej też rachunki dostawców.
— Wyzyskują pański brak doświadczenia, oszukują! — mawiała Judyta. — A może pożyczył pan komuś pieniędzy?
Tak bywało często. Otaczali go liczni pasożyci, wyciągając ciągle znaczne kwoty. Judyta zauważyła, wzruszając ramionami:
— Równie dobrze mógłbyś pan wyrzucać pieniądze za okno.
Lorm bronił się:
— Tak mnie dręczy ich widok, gdy przychodzą prosić, twarze ich są tak nieapetyczne, że daję co chcą, byle ich się pozbyć. Rozmowy ich dotyczyły wyłącznie najpowszedniejszych spraw codziennych. Tego atoli właśnie brakło Lormowi i tego pożądał. Było mu to nowością i przej-