Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Od jakże dawna nie widzieliśmy się, drogi panie! — powiedział otaczając poufale ramieniem Crammona. — Minęły chyba lata całe. Miałem w czasach ostatnich sekretarza, który mi każdy list pański kładł wrieczór na poduszkę. Chciał przez to wyrazić: — Edgarze Lorm, przekonaj się, że nie wszyscy ludzie są tak nikczemną zgrają, jak twierdzisz! — Był to idealista wyhodowany na cykorji, ziemniakach i śledziu. Zdarzają się tacy. Tymczasem drogi Crammonie obrosłeś pan w tłuszcz. Krągły jesteś, a skóra na panu naciągnięta. Ja, przeciwnie, wychudłem i żywię się jeno krwią własną.
— Tłuszcz, to tylko pułapka! — odparł Crammon melancholijnie.

11.

Judyta Imhoff uczęszczała na wszystkie występy gościnne Lorma. Ale bez męża i Crammona, gdyż zawadzali jej. Nie miała zresztą dużo dla Crammona sympatji i o ile nie wydawał jej się śmiesznym, był nieznośny.
Siadywała w parterze, a w przerwach dawała łaskawe znaki ręką Crammonowi i Feliksowi będącym w loży. Nie robiła sobie nic ze zdziwienia znajomych. Jeśli ktoś ośmielił się zapylać o powód samotności, odpowiadała:
— Feliks nie lubi, by to co go zachwyca, nie podobało się innym. Chodzimy oddzielnemi drogami.
— A więc Lorm nie podoba się pani? — pytali ciekawscy dalej za każdym razem.
— Nie wiele mam dlań uznania! — odpowiadała. — Interesuje mnie, coprawda, ale to właśnie biorę mu za