Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


żyło mnie życie w kraju zamaskowanych szaleńców. Brak mi tu było, niestety takiego mentora i znawcy dusz, jak właśnie pan.
Szilagin ugiął nagle przed nią kolano i rzekł zcicha:
— Pan mój i przyjaciel prosi mojemi usty o tę łaskę, by mógł przebywać w pobliżu pani. Nie nalega zgoła o pośpiech i poddaje się każdemu rozkazowi. Nie znane mi są przyczyny wahania się pani, piękna Ewo, ani też ich doniosłość. Jakiejże gwarancji żądasz pani, by stwierdzić szczerość uczuć nie cofających się przed żadną ofiarą?
— Wstań pan, książę! — rozkazała Ewa, czyniąc krok wstecz. Jednocześnie wyciągnęła przed się ramiona gestem niechęci i zaufania jednocześnie. — W tej chwili marnotrawisz pan samego siebie. Proszę wstać!
— Nie prędzej, zanim zostanę zwiastunem dobrych wieści. Ważną jest rzeczą decyzja pani. Nagromadzone chmury czekają wiatru, któryby je rozpędził. Procesje chodzą zanosząc modły, dla zażegnania zła. Jestem tylko jednostką i przygodnym posłem. Czy mogę wstać?
Ewa złożyła na piersiach wyciągnięte ramiona, cofając się aż pod festony ljanów. Odczuła teraz potężną i szczerą wagę losu.
— Wstań pan! — rzekła spuszczając głowę, a twarz jej dwukrotnie ogarnął płomień i bladość.
Szilagin wsiał, odetchnął żywo kilka razy i podniósł dłoń jej do ust w milczącym hołdzie. Potem rozmawiając zręcznie odprowadził Ewę do gości.
W dwadzieścia godzin później otrzymał Krystjan telegram z wezwaniem do Berlina.