Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i podmalowane wargi. Czarne, bujne, bez połysku włosy. przy bladej przejrzystej niemal cerze tworzyły całość fascynującą.
— Muszę podkreślić z chlubą — mówił tonem niezgłębionego fałszu — muszę podkreślić, o pani, że kunszt jej nie daje nam, Słowianom, lego przerafinowania zachodu, jakiem nas darzą inne gwiazdy zagranicy. Jest samą naturą. Byłoby nader ciekawe poznać drogę, którą pani, krocząc od innej strony, dotarłaś do tych samych praw i form, które stanowią podstawę naszych tańców narodowych, oraz współczesnych wysiłków orkiestralnych. Zna je pani niewątpliwie?
— Znam, — odparła — a to com widziała, jest istotnie niezwykłe. Ma siłę, charakter i sentyment.
— Sentyment, naturalnie, ale może coś jeszcze ponadto, mianowicie szaleństwo! — zauważył z pełnym intencji uśmiechem. — Bez szaleństwa nie można dokonać wielkiej rzeczy w świecie. Wszakże nawet Chrystus był szaleńcem. Ja osobiście nie mogę się poprzyjaźnić z przyjętą ogólnie postacią Chrystusa łagodnego i sharmonizowanego.
— To nowy punkt widzenia, trzebaby go rozważyć! — odparła przyjaźnie i spokojnie.
— Jakkolwiek by było, — ciągnął dalej — u nas wszystko znajduje się jeszcze w stanie płynnym, zarówno taniec, jak i religja. Nie bluźnię wcale, zestawiając te dwie rzeczy razem, są one bowiem do siebie tak podobne jak n. p. czerwona róża i biała. Racz pani przebaczyć tę dygresję. Mówiąc, że jesteśmy jeszcze płynni, chciałem zaznaczyć, że zarówno w dobrem jak i złem nie mamy stałych granic. Rosjanin może dokonać najstraszniejszego mordu, a bezpośrednio potem płakać, słuchając smętnej melodji.