Strona:PL Waleria Marrene Morzkowska Bożek Miljon.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


by ten ostatni lat dziesiątek mógł mu podwójnie być rachowanym. Obadwaj mierzyli się wzrokiem przez chwilę; hrabia pytał sam siebie, czego spodziewać się może — Kiljan, jakiem czołem on się tu wejść odważył. Ale pierwsze wejrzenie na tę wysoką, przygarbioną postać, na tę twarz pooraną bruzdami podłych namiętności, było mu odpowiedzią; zrozumiał myśli i nadzieje które tu sprowadziły jego przeciwnika, i szybko uspokoił pierwsze wrażenie. Twarz jego zmieniona przed chwilą, przybrała znowu najniezrozumialszy dla mętnych duchów wyraz spokoju.
Pomiędzy tymi ludźmi rozmowa trudną była do rozpoczęcia. Kiljan rozpocząć jej nie chciał; on ostatnie słowo swoje powiedział stryjowi przed laty, a dziś mniej niż kiedykolwiek mógł je odmienić. Stał na miejscu nieporuszony, chłodny jak marmur, zostawiając hrabiemu całą trudność położenia. Ale jak zręczny aktor na deskach teatralnych nigdy nie zatnie się w swojej roli, tak hrabia otrząsnął się szybko z doznanego wrażenia. A chociaż postać synowca odbierała mu zwykłą cyniczną śmiałość, nie dał tego poznać po sobie, i postąpił naprzód.
— Kiljanie — wyrzekł, a głos jego drgał niby stłumiony wzruszeniem; właściwie jednak nie odzyskał jeszcze tchu po przebytych czterech piętrach