Strona:PL Waleria Marrene Morzkowska Bożek Miljon.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z koszykiem na miasto, nie będzie mógł mu tego przebaczyć nigdy. Doszedłszy już do drzwi samych, zatrzymał się; potrzebował odetchnąć i pokonać mimowolną trwogę, która napastowała go pierwszy raz w życiu. Myśl, że i on, hrabia Horecki, może być przyprowadzonym do podobnej nędzy, zmusiła go do próbowania ostatniej deski ocalenia. Chwycił się jej z rozpaczną nadzieją.
Zastukał do drzwi — nie były zamknięte. Otworzył je i spojrzał po izdebce ciekawem, niepewnem okiem. Kiljan był sam jeden, odwrócony; z czołem wspartem na ręku, pisał coś szybko przy oknie. Słysząc kroki odwrócił niedbale głowę. Na widok przybyłego zerwał się z miejsca, odpychając krzesło na którem siedział nerwowym, gwałtownym ruchem; twarz jego pobladła, a dłoń leżąca na poręczy, drżała jakby w febrze i ściskała ją konwulsyjnie.
Hrabia także nie ruszył się z miejsca, i wsparty obiema rękami na lasce, przyglądał się człowiekowi którego tak strasznie pokrzywdził, a od którego dzisiaj zależał byt jego, hańba lub dobra sława.
Od dnia w którym Kiljan opuścił z groźbą na ustach pałac Horeckich, stryj i synowiec nie widzieli się wcale. Wówczas jeden z nich był dzieckiem nieledwie, a drugi w pełni męzkiego wieku. Teraz dziecko stało się człowiekiem, a mężczyzna tak pochylił się ku starości, jak gdy-