Strona:PL Waleria Marrene Morzkowska Bożek Miljon.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na ten krok stanowczy, rachując trochę na niespodziane wrażenie, na swoją zręczność, a nadewszystko na wspaniałomyślność przeciwnika. I upewniwszy się wprzódy o jego obecności, udał się incognito dorożką na Śto Jańską ulicę.
Pierwszyto raz od lat wielu wykwintny starzec znajdował się w tej smutnej dzielnicy miasta; dla tego nie bez pewnego wahania się zapuścił się w ciemny korytarz, wiodący na dziedziniec, w tej chwili zawalony w pół roztopionym śniegiem. Wiedział jednak dokładnie gdzie miał szukać synowca, bo bez żadnych zapytań wyminął stróża, i spojrzawszy na wysoki balkonik skierował się w tę stronę. Wchodząc w drzwi sieni spotkał się z Cecylją. Młoda, szła szybko, uśmiechniona, pogodna, z koszykiem na ręku, widocznie za jakiemś kupnem. Nie zwróciła nawet uwagi na hrabiego, który ustąpił jej z drogi; ale on poznał ją dobrze, i oglądał się za nią z nieopisanym wyrazem.
Opierając się na lasce, z trudnością szedł tak prędko jak mu tego dozwalała podagra, po stromych i ważkich wschodach. Za każdem przebyłem piętrem opuszczała go odwaga. Poczuł zapewne w głębi ducha, że człowiek co z jego powodu, zamiast wytwornych apartamentów zamieszkiwał lat tyle poddasza, którego żona w miejsce rozkazywania licznym sługom musiała sama chodzić