Strona:PL Waleria Marrene Morzkowska Bożek Miljon.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Prawnik czytał dalej z wzrastającą uwagą, skończył, i nie śpieszył się objawić swoje zdanie — tylko machinalnym ruchem złożył papier, i obracał go w ręku z namysłem. O czem myślał on w tej chwili, trudno było odgadnąć. Czy o swoim kliencie zawikłanym w tak skandaliczną sprawę, czy też o sobie samym, i o tem że nie umiał odgadnąć z której strony słońce zaświeci,i wypuścił z ręki tak świetną sposobność zysku i sławy? Najbieglejszym ludziom zdarza się popełniać podobne niezręczności — to jedno mecenasowi za pociechę służyć mogło. Położył pozew na stole, i spojrzał na hrabiego wzrokiem wcale innym, niż ten którym powitał go na wstępie; uniżony uśmiech znikł zupełnie z ust jego. Byłto symptomat fatalny, dowód że sprawę Horeckich z góry za przegraną uważał.
— I cóż — zapytał w końcu hrabia Feliks, nie mogąc się doczekać zdania mecenasa.
— Nie będę taił, że sprawa ta jest złą bardzo; strona przeciwna ma niezawodnie wszystkie dowody w ręku, a w takim razie...
— Tego nie wiemy jeszcze na pewno.
— Dla mnie nie ulega to żadnej wątpliwości; za rękojmię w tej mierze wystarcza mi samo imię obrońcy synowca pana hrabiego. Jest nim pan W.; on nie podjąłby się sprawy, o której słuszności nie byłby przekonanym.