Strona:PL Waleria Marrene Morzkowska Bożek Miljon.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mięć jej majaczeń; nikt nie wspominał o nich, tem bardziej że hrabianka zdawała się zupełnie zmienioną w charakterze i usposobieniu. Dawne jej ironiczne przycinki zastąpił łagodny smutek; mało mieszała się wprawdzie do spraw rodzinnych, ale mogło to być skutkiem osłabienia, apatji zwykłej u rekonwalescentów. Nawet ślub brata, odwleczony śmiercią młodszej hrabianki Horeckiej, której Cecylja była dawniej guwernantką, zmarłej niedługo po wyzdrowieniu Amelji; ślub zbliżający się teraz coraz bardziej, przestał w Amelji budzić wybuchy zawiści z jakiemi odzywała się wprzódy o tym związku. Hrabia Feliks przestał jej się lękać, bo sądził, iż gdyby na prawdę coś wiedziała, dawałaby to uczuć rodzinie przy każdej sposobnej chwili.
W poobiedniej godzinie hrabia, hrabina, Wilhelm i Amelja zgromadzeni byli jak zwykle w małym saloniku, gdzie zwykle podawano kawę. Ogień płonął na marmurowym kominku; hrabina siedziała majestatycznie na kanapie przerzucając świeże żurnale; Amelja splecione ręce opuściła na kolana, i patrzała smutnie w wesołe płomyki unoszące się w górę. Wilhelm nucił jakąś arję przechadzając się po pokoju, a hrabia usadowiony w wygodnym fotelu palił cygaro, którego wonny niebieskawy dymek wyraźnie zdradzał czyste Hawańskie pochodzenie. Jednak pomiędzy tymi ludźmi otaczającymi domowe ognisko, nie było ani wspólnej myśli, ani wspólnego