Strona:PL Wacława Potockiego Moralia T3.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czy dosyć na videre, zastąpiwszy ławki,
Siedzieć w kościele, jako na złą chwilę kawki?
Małpy między pannami abo morscy koci,
Do łogoszów Węgrowie, do sukiennic Szoci.



Z równym najlepsza sprawa; chroń się możniejszego.


Jako ścisłej przyjaźni, tak z możniejszym zwady
Uboższemu nie życzę, bo oni sąsiady
Od potrzeby chowają; ja tym od sług dzielę,
Że słudzy stoją, ci z niem siadają w niedzielę,
Bo ich z kościoła prosi na swój obiad z sobą.
Sług, prawda, co dzień karmi choć też i wątrobą,
Płaci im i odziewa lecie i na zimnie,
Jako zmówi którego przyjmując; tamtym nie.
Potaz, blomuz, frykasie, sztuka mięsa przytem,
Jeden i drugi wina kieliszek ich mytem.
Za to trzeba przy jego interesach stawać,
W rzeczy się niebezpieczne narażając wdawać,
Tego lubić, kogo on, z tym się nie przyjaźnić,
Zawsze mu nadskakiwać, broń Boże, rozdrażnić.
Sługa pańskiej urazy może sprawić z lassu;
Sąsiad, jako przypowieść powieda, z tarasu.
Zawsze jak mysz na pudle, groch na bębnie siedzi,
Z możnym a złym sąsiadem będąc w odpowiedzi.
Trudno mu wsiadszy na koń, jako słudze, znikać
Od żony, dzieci; chlebu inszemu nawykać,
Bo do śmierci urazy swojej nie zapomni:
Jeśli nie wskóra lewem, prawem daleko mniej.
Ty szelągi po trzy w grosz, on czerwone złote;
Nie wiemże, kto na kogo większą liczy kwotę.