Strona:PL W klatce.djvu/300

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


śpiew mój... — zaczął Onufry, zacierając niby z zakłopotaniem ręce.
— O, niech-że pan będzie łaskaw, niech-że pan będzie łaskaw! — ozwało się kilka głosów.
— Nie należy odmawiać bliźnim Bożych darów, które się posiada — zawyrokowała z kanapy skarbnica przysłów.
— Oh — westchnęła Zenobia, zerkając na Lucyana — pan zaśpiewasz nam coś melancholicznego; ja tak lubię śpiew melancholiczny, szczególniéj w pewnych chwilach.
Skonwinkowany temi błaganiami wiejski artysta, ukłonił się damom z wszelką możliwą galanteryą, wykonał zręczną piruetę na jednéj nodze i wyszedł za drzwi; po chwili ukazał się znowu w pokoju z gitarą w objęciu, z głową pochyloną i powolnym krokiem przeszedłszy pokój, usiadł obok panny Zenobii i zanucił smętnie:

„Po stracie szczygła nieszczęsna szczyglica...”

Gdy przebrzmiały ostatnie dźwięki znakomitéj aryi, Klotylda piérwsza pożegnała księdza proboszcza, i po chwili karetka jéj znikła z dziedzińca plebanii.
Po niéj szybko rozjechali się wszyscy. Arka pani Jęczmionkowskiéj, poważnie toczyła się po piaszczystéj drodze, piszcząc żelaztwem, jak dusza w czyścu cierpiąca, a rozgniewana mama mówiła: