Strona:PL W klatce.djvu/299

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— I niczém nie można odwieść pana od tego postanowienia?
— Niczém, pani.
— Panie Dolewski, szanuję pana za to — rzekła Klotylda, po krótkiéj chwili milczenia, przez którą z dziwnym wyrazem patrzyła w twarz doktora — jesteś pan człowiekiem czynu — dodała i wyciągnęła do niego rękę.
Twarz Lucyana zajaśniała takim wyrazem szczęścia, jakby się niebo przed nim otworzyło. Ujął podaną sobie rękę i poniósł ją do ust. W téj chwili zapomniał o istnieniu otaczających go ludzi: widział tylko jednę kobietę, słyszał tylko jeden głos.
O kilka jednak kroków od nich stał ktoś, co widział i słyszał wszystko i, zachmurzywszy czoło, dziwnie badawczo a podejrzliwie spojrzał na Klotyldę.
Był to ksiądz Stanisław.
Reszta zebrania nic nie widziała i nie słyszała, bo właśnie w téj chwili rozległy się prośby, zwrócone do pana Harasimowicza młodszego, aby zaśpiewał.
— Czy pan Onufry ma z sobą gitarę? — pytała z kanapy pani Jęczmionkowska.
— Nie pamiętam dobrze, czym ją wziął ze sobą, pani dobrodziejko — odpowiedział, rumieniąc się z radości pan Onufry.
— O, niechże pan zobaczy w swojéj nejtyczance! — zawołała Elfryda, fruwając ku niemu falbaną.
— Prawdziwie, pani dobrodziejko... nie wiem, czy