Strona:PL W klatce.djvu/296

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lucyana przez pince-nez wzrokiem bazyliszka i znowu rozpoczął rozmowę z piękną swoją sąsiadką.
— Jakże się pani podoba seżurnowanie na wsi?
— Ja bardzo wieś lubię.
— Co do mnie, jestem zdegutowany i jedynie tylko potrzeba skomparowania raportów ludzi zarządzających memi dobrami, mogła mnie zobligować do prolongowania mego tu pobytu. Podobna rekluzya nie może kontentować gustu człowieka, który strawersował całą Europę. Pani zapewne podziela moję opinią? n'est-ce pas, madame?
To powiedziawszy, spojrzał na Klotyldę, czekając odpowiedzi; ale śmiertelna zdjęła go zgroza, gdy ujrzał, że nie uważając na jego tyradę, jadła w najlepsze swoje zrazy, z uwagą słuchając opowiadania siedzącéj obok niéj pani Dolewskiéj, o tém, jaki jéj Lucyś dobry, jaki rozumny, jak ją kocha i t. p.
Ale panny Elfryda i Zenobia nie jadły zrazów, broń Boże! nie jadły nawet mléka, choć miało minę poetyczniejszą, więcéj jakoś pasterską od mięsa. Umierały z głodu, patrząc na zastawione przed niemi proste lecz smaczne potrawy, a niczego nie tknęły, bo za nic w świecie nie zdecydowały-by się jeść przy liczném zebraniu, a szczególniéj w obecności powabnego doktora. Więc nic nie jadły biedne ofiary dziewiczéj idealności, a w duchu pocieszały się myślą o kołdunach, które miały być w domu na obiad.