Strona:PL W klatce.djvu/274

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rzyńską radością, łzy wdzięczności nabiegły do jéj oczu.
— Dokończysz pani — rzekła drżącym od wzruszenia głosem — szlachetnego czynu zaczętego przez poczciwego pana Lucyana. Niech was oboje Pan Bóg i Najświętsza Panna błogosławi, a z wam i księdza Stanisława, który umiał przemówić do twego serca, pani, za mną i za mojém dzieckiem.
To mówiąc, powstała pani sędzina i miała już żegnać Klotyldę, gdy nagle, jakby sobie coś przypomniała, rzekła:
— Czy pani dobrodziejka nie będzie jutro w N. na odpuście?
— Jakiż to będzie odpust, kochana pani?
— Dzień świętego Stanisława, patrona kościoła naszego i księdza proboszcza.
— Dzień ósmego Maja — wtrąciła Magdzia.
— A, kiedy tak, to będę koniecznie. Pomodlę się i powinszuję księdzu proboszczowi, dla którego mam prawdziwy i głęboki szacunek.
Grodzicka wyszła, a Klotylda spojrzała na Magdzią, która siedziała w cieniu zielonych gałęzi i patrzyła na wschodzące gwiazdy.
— O czém tak myślisz, Magdziu? — spytała.
— Myślałam o tém — odparło dziewczę — że gdyby te dwie gwiazdy, co tak pięknie świecą, połączyły się ze sobą, było-by z nich słońce.
Klotylda uśmiechnęła się.