Strona:PL W klatce.djvu/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Mówiąc to, wziął w rękę gałązkę, popatrzył na nią przez chwilę ze smutnym uśmiechem, potém oberwał jéj drobne listki i ogołoconą łodygę daleko od siebie odrzucił.
— Był to sen piękny, ale tylko sen, o którym zapomniéć trzeba... — rzekł do siebie.
Zgasło światło w pokoju doktora; na posadzce leżały śród cieniów rozsypane listki mirtowe. Ślady te miały mu nazajutrz przypomniéć to, co on snem nazywał.
Niestety! łatwiéj jest obedrzéć z liści gałązkę zieloną, niż wyrwać z serca raz tam zrodzone uczucie; łatwiéj powiedziéć: zwyciężę! niż zgasić w sobie kipiący ogień wewnętrzny.
Kiedyż ludzie będą mogli rozkazywać własnemu sercu, tak, jak już w części rozkazują żywiołom? Kiedy, zawładnąwszy własnemi namiętnościami, jak władają ogniem, wodą i parą, rzucą zaprzeczenie słowom poety: „najstraszniejsze dla człowieka są sieci, które mu własne jego zastawia serce?“