Strona:PL W klatce.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A dla czegóż-by nie? — odparła Klotylda. — Przecież choć małą wiedzą w tym względzie można czasem komuś pomódz. Nie jest to zresztą nic nadzwyczajnego, bo są kraje na świecie, w których kobiety wiele się uczą i zostają naprzykład doktorami, profesorami i t. d., tak dobrze, jak mężczyźni. A i mnie bardzo często przychodziła myśl i ochota oddać się wyłącznie jakiemu naukowemu zawodowi, tylko, niestety! zawsze mi zabrakło wytrwania.
Dembowski uszom swoim nie wierzył; kobieta-doktor nie mogła się pomieścić w jego głowie.
— A to, Panie odpuść, piękni tam doktorowie: baby! — pomyślał, i dodał głośno:
— I nacóż-by to się zdało pani dobrodziejce, za pozwoleniem, mosanie tego?
— Na co? — odparłą Klotylda. — O! panie Dembowski, szczęśliwy każdy, czy to mężczyzna, czy kobieta, kto serce i umysł swój zajmie poważnemi rzeczami, nauką, pracą; bo przez to wiele dobrego innym zdziałać może i sam nierównie lepszym się staje.
W téj chwili weszli oboje do szarego domu dzierżawcy.
W bawialnym pokoju trzy panny Dembowskie, zarumienione i nieśmiałe, spotkały dziedziczkę Jodłowéj, którą nadchodzącą ujrzały przez okno.
— Dzień dobry paniom — rzekła uprzejmie Klotylda, ujmując je z kolei za ręce. — W przeszłym roku widziałyśmy się parę razy, ale króciutko; spo-