Strona:PL W klatce.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bowski, gdy Mieczek wybiegł z sieni, z trzaskiem zamykając drzwi za sobą.
— Żeby tak za dobrych czasów — odpowiedziała pani sędzina — tobym do niego wzięła guwernera; a teraz, to gdyby nie pan Lucyan, zmarnowało-by się dziecko.
— Jakże gospodarstwo pana idzie? — zapytał doktor, nie chcąc odpowiadać na słowa pani Grodzickiéj.
— Dobrze, dobrze, mosanie tego. Urodzaj był piękny, chwała Bogu, i gorzelnia dobry wypęd daje w tym roku. Teraz młócę, mosanie tego, na gwałt, bo pszenicę do Wilna trzeba posyłać.
— A gdzież dziedziczka Jodłowéj? — spytała pani Grodzicka.
— A swoim zwyczajem w Warszawie, gdzie-by ona tam długo na wsi usiedziała. Ale dobra kobieta, mosanie tego, już ośm lat trzymam od niéj w dzierżawie Jodłową i nigdy, mosanie tego, na główkę szpilki przykrości mi nie zrobiła. A pan czy znasz moję dziedziczkę? — zapytał, zwracając się do Lucyana.
— Nie znam pani Warskiéj — odpowiedział Lucyan — tylko wiele o niéj słyszałem; mówią, że bardzo piękna.
— Ach, że piękna, to piękna! — zawołała pani Grodzicka. — Byłam u niéj latem, jak przyjechała do Jodłowéj, bo to jakoś w czasie żniwa zabrakło