Strona:PL W klatce.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czy spał, czy snuł wątek różanych myśli, nie wiadomo; a młoda kobieta bodaj mało téż spała, bo z poza czarnéj koronki często błyskały wyraźnie otwarte jéj oczy. Trudno téż ręczyć, czy pan Karłowski nie zapytywał sam siebie, co bardziéj silnym lśniło blaskiem, czy przysłonięte, a jednak tak błyszczące oczy, kobiety, czy wielki na jéj palcu brylant.
Na świecie zaczęło szarzéć, cienie nocy zwolna ustępowały przed wschodzącym dniem. Na bladobłękitném niebie gasły jedna po drugiéj gwiazdy, i w wagonie zgasła blada lampa. Parę razy gwizdnęła lokomotywa i pociąg stanął.
— Stacya Tłuszcz! pięć minut! — wołał posługujący, otwierając drzwi wagonów.
Pani Owsicka ocknęła się i zaczęła prędko mówić:
— W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech... czy daleko jeszcze do Warszawy, panie mój kochany?
— Jednę już tylko stacyą przebyć mamy — odpowiedział pan Karłowski.
— Przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja... — szeptała znowu pani Owsicka i, otworzywszy jedno z pudełek, zaczęła, modląc się i wzdychając ciągle, przekładać w niém i układać różne drobiazgi, wypłowiałe wstążeczki, pomięte koronki, nici, szpilki i t. d.
Nieznajoma kobieta ujęła téż niewielki i piękny woreczek podróżny, otworzyła go kluczykiem, wyjętym z kieszeni okrycia, i zaczęła czegoś szukać, lub cóś